Korea Kultura

71 w ogniu – koreański Dawid i Goliat (recenzja)

71-into-the-fire

Dawno nie było tutaj recenzji filmu, więc trzeba to nadrobić. Dosyć fortunnie się to złożyło, bo teraz nadrabiam rozmaite zaległości filmowo-serialowe. Jeżeli chodzi o tematykę koreańską, to po mocno średnim Wywiadzie ze Słońcem Narodu przyszedł czas na 71 w ogniu. Wniosek jest jeden – ogromnie żałuję tego, że obejrzałem ten film dopiero teraz.

Zupełnie nie wiem, jak zacząć tę recenzję. Spodziewałem się średniego filmu wojenno-historycznego z dobrymi scenami wojennymi i w miarę udanymi efektami. Dodatkowo obawiałem się patosu, w którym Azjaci tak bardzo się lubują. Elementu, który łatwo zepsuć – a wtedy już całość leci łeb na szyję. Ten banalny zapychacz jest w stanie zepsuć praktycznie wszystko, niestety. Możesz jednak odetchnąć z ulgą, jest dobrze. Ba, jest świetnie!

Niewielu pewnie zaczyna swoje recenzje od słów podsumowania, ale w sumie czemu nie? 71 w ogniu (71: Into the Fire, 포화 속으로) to jeden z najlepszych filmów wojennych nakręconych w Azji.

KOMUNIŚCI GÓRĄ, WSZYSTKO PRZEGRANE

Fabuła filmu skupia się na początkowej fazie konfliktu koreańskiego. Po II wojnie światowej Korea (będąca od 1910 pod okupacją japońską) została podzielona na dwie strefy wpływów – północna część trafiła pod skrzydła wujka Stalina i komunizmu, południowa zaś była pod opieką USA. Problem w tym, że praktycznie od dnia podziału (15 sierpnia 1945) ci pierwsi już kombinowali, jak przejąć całą Koreę i ustawić ją pod dyktando sierpa i młota.

Koreańska Armia Ludowa zaatakowała Południe 25 czerwca 1950 roku i dzięki swojej ogromnej przewadze militarnej (żołnierze, sprzęt, logistyka) podbijała kraj wroga z niebywałą łatwością, by już po raptem trzech dniach zdobyć Seul – stolicę Republiki Korei. W ciągu 40 dni zajęła znaczną większość Półwyspu Koreańskiego, a do 5 września kontrolowała 95% Korei Południowej. Wydawało się, że to już koniec Korei Południowej i początek wielkiej, komunistycznej Korei Ludowej. Ostatnim celem wojsk północnokoreańskich było zajęcie terenów za rzeką Nakdong – Waegwan, Daegu i Busan.

A jak dzisiaj wygląda południowokoreańskie miasto Busan? – Busan na 25 zdjęciach

W mniej więcej takich okolicznościach poznajemy naszego głównego bohatera, którym jest Oh Jang Beom – młody żołnierz-ochotnik. Początkowe momenty filmu skupiają się na wydarzeniach z 8 sierpnia 1950 roku, czyli bitwie o Yeongdeok. Wojska trzeciej dywizji armii Republiki Korei wykrwawiają się na polu walki i czekają na posiłki, które okazują się nigdy nie nadejść. Północnokoreański 766. pułk piechoty dzięki przewadze liczebnej zajmuje miasto, a major Park Moo Rang rozkazuje swoim oddziałom dalszy marsz w kierunku miasta Pohang, by następnie zająć Busan przed 15 sierpnia, co obiecał Kim Il Sungowi.

Właśnie w tym miejscu na terenie pewnego żeńskiego gimnazjum urządzono szpital polowy i tymczasowa kwaterę 3. dywizji armii Korei Południowej. Dodatkowo Pohang był najdalej wysuniętą na północ linią obrony południowokoreańskiej, która organizowała swoje siły w rejonie rzeki Nakdong i oczekiwała ostatecznego starcia z nieprzyjacielem. Zarządzono więc ewakuację całego wojska, a na miejscu został właśnie Oh Jang Beom – przestraszony i zamknięty w sobie dwudziestoparolatek. Znalazł się tam nie bez przyczyny, został bowiem dowódcą pułku 70 ochotników, którzy mieli bronić szkoły.

Tak, 71 młodziaków bez praktycznie żadnego przeszkolenia miało stawić czoła Koreańskiej Armii Ludowej, która posuwała się naprzód w celu całkowitego zajęcia Półwyspu Koreańskiego. W pośpiechu więc musieli nauczyć się strzelać i obsługiwać radiostację, w ciągu kilku godzin musieli dorosnąć i wziąć na swoje barki losy całego kraju. Największym jednak problemem byli oni sami, ponieważ wielki mix charakterów dał o sobie wielokrotnie znać. Zanim zakończyły się wszystkie kłótnie i spory minęło mnóstwo czasu, a niektórzy przypłacili to nawet życiem.

Kilka dni później, 11 sierpnia 1950 roku wojska północnokoreańskie rozpoczęły szturm na Pohang – zawodowa komunistyczna armia stawiła czoła kilkudziesięciu smarkaczom, których zapał i serce do walki i obrony kraju dokonało praktycznie niemożliwego. Aż przez 11 godzin bronili swej twierdzy, mimo oczywistej przewagi wojsk Korei Północnej. Odegrali oni wielką rolę w opóźnieniu końcowej ofensywy wojsk nieprzyjaciela, czym przyczynili się do późniejszej realizacji kontrataku połączonych sił Korei Południowej i USA.

COŚ MIŁEGO DLA OKA

Film ten zaskakująco przyjemnie się ogląda, nie rozprasza ani też nie przynudza. Te 2 godziny mijają całkiem szybko, a gorsze momenty i zapychacze trwają łącznie nie więcej niż 10 minut. Na całe szczęście w tle nie mamy tutaj wielkich romansów, rozterek sercowych i innych elementów, które mogłyby skutecznie zepsuć ten tytuł. 71 w ogniu to wojenny film akcji oparty na prawdziwych wydarzeniach, tak więc na ekranie co chwile się coś dzieje, jest ciekawie.

major Park Moo Rang

Efekty są na naprawdę dobrym poziomie, wszechobecne sceny wojenne cieszą oczy a wybuchy naprawdę robią boom. Ujęcia szybkich potyczek w trakcie wielominutowych starć są dobrym dowodem tego, że reżyser John H. Lee naprawdę się postarał. Nawet nie chcę się zastanawiać nad tym, jak bardzo napracować się musiała ekipa filmowa przy pewnych scenach – ogrom włożonej pracy w samo choćby przygotowanie dynamicznie zmieniającej się scenografii jest idealnym podsumowaniem.

Atak Koreańskiej Armii Ludowej na żeńskie gimnazjum jest chyba jednym z moich ulubionych fragmentów, ujęcia ofensywy tysięcy żołnierzy w połączeniu z czołgami to raj dla moich oczu. Jest szybko, kolorowo i ciekawie. Wojna to nie piaskownica, więc krwi też się leje momentami całkiem sporo, ale to dodaje tylko realizmu i okrucieństwa koreańskiego konfliktu.

Może ten mój hurraoptymizm jest spowodowany tak słabymi filmami wojennymi z rodzimego podwórka? Ostatnia tego typu produkcja jaką oglądałem to “Bitwa warszawska”, gdzie prawdziwej akcji jest może 25%, reszta to tańce i śpiewanie Nataszy Urbańskiej i jakieś żarciki, które nie bawią. Tutaj twórcy postawili sobie za cel oddanie realiów wojny koreańskiej i konfliktu z Pohang i raczej im się udało. Nie może być inaczej, skoro film zdobył pięć nagród na koreańskich festiwalach filmowych i zarobił przeszło 20 milionów dolarów. Tak ma właśnie wyglądać film wojenny, ma być poważny i konkretny.

gap-jo

Czy jest idealnie?

Fabułę i ujęcia mamy za sobą, więc jeszcze zostało parę elementów. Oprawa dźwiękowa jest dobra, może i momentami bardzo dobra. Nie przeszkadza i jest dopasowana, choć jakoś wybitnie nie wpada w uszy – spełnia swoją rolę, to najważniejsze. Kiedy ma być ciężko i smutno – jest, gdy akcja leci łeb na szyję a kule latają na wszystkie strony to nasze uszy również nie cierpią i 71 dostarcza nam odpowiednie motywy. Oczywiście to raczej nie ten rodzaj filmu, którego ścieżką dźwiękową chcielibyśmy się napawać długie tygodnie po jego obejrzeniu, to nie Interstellar.

Może jeszcze parę słów o grze aktorskiej, bo w azjatyckich produkcjach to ważne. Dlaczego? Ponieważ aktorzy wzięci z łapanki serialowo-dramowej potrafią czasami zepsuć nawet najciekawszą postać. Nie zamierzam oczywiście generalizować, ale niektóre koreańskie dramy to pod względem gry aktorskiej bardzo niska półka, a wypudrowani aktorzy i dopieszczone aktorki cały swój dorobek zawdzięczają umiejętności opanowania 25 uśmiechów na każdą okazję, 13 smutnych min i przewracania oczami na wszystkie strony.

Moje krytyczne oko na szczęście nie zapiekło aż tak, a więc na tym polu 71 w ogniu zdało test na dobrą czwórkę. Ba, w pewnym momencie nawet ta “dramowość” u jednego z głównych aktorów mu pomogła, co nie zdarza się aż tak często.

71wogniu

71: W ogniu to bardzo dobry koreański film wojenny, który przybliży Wam realia wojny koreańskiej i jej początkowego etapu. Dodatkowo poznacie historię, która potrafi zadziwić niemal każdego, kto ją pozna. Kilkudziesięciu smarkaczy przez 11 godzin broniło swojej twierdzy przed zawodową i zaprawioną w boju Koreańską Armią Ludową. Dokonali wręcz niemożliwego, a to wszystko po to, by nie oddać resztki kraju w ręce wroga i walczyć aż do samego końca. Tylko 23 z nich przeżyło tę bitwę, a teraz zostało ich raptem kilku. To są właśnie prawdziwi bohaterzy, małe pionki na wielkiej szachownicy świata.

Zapisz się na newsletter!