Gry

Theresia – japoński horror z domieszką sadyzmu

941155-bg_theresia_d1280

Konsola Nintendo DS nie jest u nas zbytnio popularna, co jest dla mnie całkowicie zrozumiałe – Nintendo bardzo olało polski rynek, a bez dobrego wsparcia firmy żaden produkt nie jest w stanie sam się wypromować. Nawet wtedy, jeżeli jest to tak wspaniała konsola jak DS.

Nintendo to japońska firma, która rządzi i dzieli na rynku gier wideo od wielu lat. Serię wpisów o niej znajdziesz tutaj.

Lata świetności konsol przenośnych powoli przemijają, smartfony i tablety skutecznie konkurują z Sony i Nintendo, ale nadal wszystko rozbija się o gry – tytuły, które przechylają szalę zwycięstwa na czyjąś stronę. Nintendo ma dziesiątki świetnych gier na każdą konsolę, zaczynając od największych marek jak Mario, Super Smash Bros, Metroid, Pokemon, Zelda, kończąc na mniej znanych tytułach – Layton, Donkey Kong, Fire Emblem.

Wyżej wymienione marki bronią się same, to świetne serie uwielbiane przez miliony osób na całym świecie. Co jednak z grami, które z różnych powodów po prostu nie przebiły się do masowego odbiorcy i w jakiś sposób umknęły uwadze mainstreamu? Są takich tytułów dziesiątki, każda z konsol ma w swojej bibliotece gier takie pozycje. Nie miały wystarczająco pieniędzy na dużą kampanię lub po prostu ich twórcy po prostu olali promocję – ewentualnie są to średniaki, które nie zachwycają.

Jest jeszcze jeden typ gier, które z różnych powodów pozostają nieznane – gry dziwne, wręcz chore. Takie, które odrzucają potencjalnego gracza swoją innością. Dzisiaj będzie o jednej z nich.

DEAR EMILY

Theresia to gra dziwna, zupełnie odbiegająca od innych gier z gatunku horrorów. W większości takich gier cała rozgrywka opiera się na stawianiu czoła wszelakiej maści potworom oraz wysyłaniu ich do grobu za pomocą różnorakich broni, narzędzi, sposobów. Omawiany tytuł jest jednak inny – tutaj to właśnie MY jesteśmy ofiarą.

Na wstępie przyznam, że gra jest nie dla każdego – japońskość czuć tutaj na kilometr, tytuł diametralnie różni się do europejskich standardów. Theresia nie jest dla każdego.

941152-bg_theresia_a1280

W tym tytule wcielamy się w Emily, która obudziła się w zamkniętym pokoju w opuszczonym, podziemnym kompleksie. Bohaterka ma amnezję, wokół niej nie ma żywego ducha, wszędzie za to czyhają na nas rozmaite niebezpieczeństwa oraz wymyślne pułapki. Dla przykładu w niektórych szufladach natkniemy się na sprężynujące noże, które tylko czekają by nas zabić.

Na swojej drodze znajdujemy niezbyt stabilne meble poustawiane równie chaotycznie, nawet najmniejszy ruch powoduje ich upadek wprost na nasze małe, kobiece ciało. W podłodze są ukryte szpikulce, a w powietrzu krążą setki różnych związków chemicznych, nieprzyjemnych dla naszych dróg oddechowych. Miło, czyż nie?

Naszym zadaniem jest poprowadzenie bohaterki tak, by ujść cało z pełnego niebezpieczeństw labiryntu, rozwiązując tym samym zagadkę własnej tożsamości.

JUST PLAY

Theresia to przygodówka z elementami horroru. Bohaterka rozwiązuje setki stających na jej drodze zagadek, od znajdywania odpowiednich kluczy do zamkniętych części kompleksu po mieszanie chemikaliów, grzebanie w grobowcach w poszukiwaniu wskazówek czy majstrowanie przy skomplikowanych mechanizmach. Zabawa przypomina nieco dowolną z części cyklu Silent Hill przystosowaną do możliwości Nintendo DS.

Lokacje, które zwiedzamy wraz z bohaterką, to potężne labirynty pełne zawalonych zaułków, ślepych uliczek i małych, klaustrofobicznych pokoi. Opuszczone piwnice są co prawda pozbawione nastających na nasze życie potworów, nie brakuje w nich za to świeżych trupów, wysuszonych zwłok i innych gnijących niespodzianek – śladów epidemii, którą przenoszą małe czerwone żyjątka, wypełniające niektóre z pomieszczeń.

Jednak to nie te czerwone stworzonka są naszym największym problemem. Częściej przychodzi naszej Emily obrywać w związku z zastawionymi na nią w najmniej spodziewanych miejscach pułapkami. Dlatego nasza dzielna panna nieustannie krwawi, jest cięta, siniaczona i rażona prądem, co potrafi wywołać niemałe obrzydzenie i grozę. Sadyzm autorów gry i masochizm bohaterki są nierozłącznie związane z tajemnicami, jakie kryje kompleks i tożsamość dziewczyny.

Ohyda oraz obrzydzenie, które wypływają z ekranów konsoli to mocne sugestywne zjawiska. Dodatkowym czynnikiem jest to, że sama bohaterka komentuje te zdarzenia w czasie rzeczywistym, co jeszcze bardziej nakręca tę absurdalną przygodę. Zdemolowane pomieszczenia kryją w sobie mniej lub więcej bulwersujących tajemnic i okazji do ekscytowania się kolejnymi, makabrycznymi zjawiskami – coś dla skończonych świrów!

941154-bg_theresia_c1280

W drodze do prawdy pomogą nam różne przedmioty, które pomagają ratować naszą i tak już poranioną skórę przed najcięższymi obrażeniami. Korzystamy więc z długich patyków, próbników (testerów?), które rzucamy w podejrzane miejsce, przez co to one wpadają w pułapkę, a nie Emily.

Kiedy rany staną się zbyt dotkliwe, warto użyć jednego ze znajdywanych po drodze eliksirów, które pozwalają uleczyć część obrażeń. Jednak nawet plecak pełen medykamentów nie zwalnia od ostrożności – aktywacja niektórych pułapek kończy się natychmiastowym zgonem. Nie ma lekko. A tu jeszcze trzeba rozwiązywać zagadki!

Kolejnym chorym gadżetem jest medalion, którym musimy się wystarczająco boleśnie zranić, by otrzymać wskazówkę na temat nieznalezionych przedmiotów – jeżeli zostało coś jeszcze do odkrycia na danym etapie, to dzięki tej popapranej metodzie się tego dowiemy.

AND TRY TO NOT DIE

941155-bg_theresia_d1280

Po podziemnych (i nie tylko) korytarzach poruszamy się w prostym 3D z możliwością obrotu o 90 stopni. Kolejne pomieszczenia, które odwiedzamy, to statyczne obrazki, w których orientujemy się za pomocą czysto przygodówkowego instrumentarium – oglądając napotkane obiekty, używając ich lub korzystając z zebranych przedmiotów.

Pomieszczenia zostały przygotowane z wyjątkowym pietyzmem i dokładnością, dlatego rozpad, zgnilizna i ogólny syf więzienia, katedry czy potwornych laboratoriów jest namacalny i sugestywny.

Aby w pełni dopełnić kwestię oprawy audiowizualnej, do doskonałych wnętrz pokoi i schematycznych trójwymiarowych labiryntów należy dodać nastrojową ścieżkę muzyczną, która bardzo udanie buduje nastrój zagrożenia i tajemnicy.

Przeszukując trupa, wokół którego roją się robale czy zagłębiając rękę w zatkanym więziennym sedesie w takt przerażających zawodzeń i jęków, łatwo poczuć nieprzyjemny dreszcz na plecach.

Theresia zapewnia dobrych kilkanaście godzin zabawy, w szczególności jeśli zapomnimy o konieczności dość częstego zapisywania stanu gry w celu uniknięcia niektórych niespodziewanych zgonów. Po ukończeniu głównego trybu „Dear Emile” odblokowuje się nieco krótszy wątek „Dear Martel”, który stanowi drugi i ostatni epizod gry.

Dla kogo jest ta gra?

Dla totalnych świrów, którzy są po prostu chorzy! Cała reszta również może spróbować, ale tylko na własną odpowiedzialność.

Zapisz się na newsletter!