Wietnam

Legenda o księciu An Tiêm i arbuzach [cz. 2]

Legenda o arbuzowym księciu w wietnamskich książeczkach dla dzieci
Koniecznie zapoznaj się z pierwszą częścią tej legendy – Legenda o księciu An Tiêm i arbuzach [cz. 1]

Mai An Tiêm, Co Ba i ich pomocnicy (Mo i Man) znaleźli się więc w bardzo nieciekawym położeniu. Na wyspie nie widzieli żadnych domów, przycumowanych łodzi ani jakichkolwiek oznak życia ludzkiego. Fale docierały do piaszczystej plaży, nad którą rozciągał się jałowy pas ziemi bez prawie żadnej roślinności.

Za tym pasem gołej ziemi znajdował się duży las, a położony dalej łańcuch górski zdawał się zahaczać o samo niebo. Co Ba, która w odróżnieniu od całej reszty spędziła całe swoje życie w zamkach i pałacach, zaczęła się bać o to, czy nie umrą z głodu. An Tiêm próbował próbował uspokoić żonę słowami “Nie martw się, kochanie”, głaszcząc ją po głowie. “Jeśli będziemy ciężko pracować, to przetrwamy” – dodał.

Pierwszym zadaniem grupy zesłanych bohaterów było znalezienie jakiegokolwiek schronienia na noc. Odeszli od plaży i zaczęli szukać drogi w głąb lasu, przemierzając kolejne odległości w kierunku środka wyspy. W trakcie tej wędrówki podziwiali bujno rosnącą, przepiękną roślinność. Natknęli się również na dziwne zwierzęta i drzewa pełne owoców, których jeszcze nigdy nie widzieli na oczy.

Po kilku godzinach takiej wędrówki ujrzeli płytki potok z krystalicznie czystą wodą, która spływała ze wzgórz. Wspięli się na skały wystające z wody i podziwiali poukrywane w wodzie przepiękne i kolorowe ryby, które znalazły schronienie w szczelinach skał. Po drugiej stronie tego strumienia zauważyli wejście do jaskini. “Użyjemy jej jako swojego schronienia przed słońcem, deszczem i dzikimi zwierzętami” – powiedział do reszty An Tiêm, który pełnił rolę szefa całej grupy.

Gałęzie i zeschnięte liście porozrzucane były po całej podłodze, ale jaskinia było bardzo przestronna i całkiem wygodna. Zmęczeni i głodni zesłańcy oczyścili mały teren i rozsiedli się, próbując rozpalić ogień. Po kilku próbach udało się, więc ugotowali żywność, którą ze sobą zabrali.

Zapadła ciemność, kobiety poszły więc spać w głąb jaskini, a An Tiêm i Man na zmianę czuwali przy wejściu do niej. Pomimo nieznajomości otoczenia i strachu, noc minęła im całkiem spokojnie. Towarzyszył im jedynie szumiący wiatr oraz drobne pohukiwanie sów, które uaktywniły się w środku nocy.

Następnego ranka, gdy cała grupa się już obudziła, panowie udali się na zwiad. Niedaleko jaskini natrafili na dziko rosnący bambus. Zrobili więc użytek z prowizorycznego noża i przygotowali pułapki do polowania i sieci do łowienia ryb. W tym samym czasie kobiety posprzątały w całej jaskini, porządkując przy tym wszystkie zapasy tak, by móc bez problemu się do nich dostać.

Zebrały również suche liście i zrobiły z nich miękkie poduszki do spania. W jednym rogu zbudowały mały piec z kamieni, do środka których wsadziły drewno i rozpaliły ogień. Gdy mężczyźni wrócili wraz z zachodem słońca, to ciepły posiłek już na nich czekał.

antiem17

Minęło wiele dni, a życie wygnanej grupy nieco się jakby ustabilizowało. Każdego ranka panowie ruszali na polowanie, a kobiety wędrowały wzdłuż strumienia i zbierały owoce oraz orzechy. Z początku bały się, że te owoce mogą być trujące. Zobaczyły jednak, że króliki i małpy zjadały je bez żadnych skutków ubocznych – zdecydowały więc, że wszystko jest jadalne i codziennie przynosiły nowe zapasy. W ten oto sposób cała czwórka poznała dziesiątki owoców, o których istnieniu nie miała wcześniej pojęcia.

W godzinach wieczornych cała czwórka siadała przy “kominku”, gotowała i rozmawiała o tym, co przytrafiło im się danego dnia. Mężczyźni z dumą prezentowali upolowane zwierzęta i narzędzia, która wytwarzali z ich kości. Kobiety szyły ubrania z pociętych skór zwierzęcych.

Co Ba po raz pierwszy poznała trudy zwykłego życia, a jej ręce z delikatnych i szlachetnych zmieniły się w zwykłe i zapracowane dłonie. Biała skóra An Tiêma bardzo pociemniała, długo przebywał na słońcu i było to nieuniknione. Oprócz tego zmężniał i dostał niemałej krzepy fizycznej.

I tak oto sobie żyli – niesprawiedliwie wygnani, ale dumni i szczęśliwi. W taki sposób spędzili wiosnę, lato, jesień i zimę. I znowu od początku. Minął rok, drugi, piąty. Mai i jego żona tak bardzo zżyli się ze swoją służbą, że ci byli im teraz bliżsi od kogokolwiek, ich więzy były silniejsze od więzów krwi.

Cała czwórka tak przyzwyczaiła się już do spokojnego życia na wyspie, że prawie w ogóle nie myśleli o powrocie do kraju. Co Ba urodziła zdrowego i przystojnego chłopca, a Man i Mo nieformalnie się ożenili i doczekali się córeczki. Obie rodziny żyły w zgodzie, co jeszcze bardziej uszczęśliwiło całą szóstkę.

Pewnego dnia, niedługo po 7. rocznicy zesłania na wyspę, Mai wybrał się nad ocean, by przetestować nowe sieci na ryby. Gdy wyszedł z lasu na pas jałowej ziemi, zakłócił spokój stadu ptaków, które odleciały czym prędzej. Zauważył, że w miejscu, gdzie jeszcze kilka sekund temu zgromadziły się dziesiątki ptaków rożnego gatunku, porozrzucane były czarne i błyszczące nasiona. Pierwszy raz widział je na oczy, ostrożnie zasypał je ziemią z nadzieją, że wyrośnie z nich coś, co przyda się jemu i całej reszcie.

Następne dni przyniosły wiele wyczerpujący pracy, przez co były książę zupełnie zapomniał o tych nasionach. Dopiero wiele miesięcy później, podczas jednego z najgorętszych dni w roku, postanowił pójść się schłodzić akurat w tym miejscu. Zauważył wtedy dziwną roślinność, która tutaj wyrosła. Przykucnął i pod liśćmi dostrzegł ogromny owoc leżący na ziemi.

arbuzy-antiem

Gładki i zielony owoc z białymi plamami wyglądał jak melon, ale był od niego zdecydowanie większy. Przeciął go na pół i ujrzał czerwony miąższ pełen błyszczących, czarnych nasion. Jak tylko przeciął arbuza, zleciała się cała chmara ptaków próbujących wszystko zjeść. Mai przypomniał sobie dzień, w którym zakopał te oto nasiona.

Zastanawiał się, czy te melonopodobne owoce są jadalne, ale gdy ujrzał ptaki wydziobujące miąższ, to nie miał żadnych wątpliwości. Skoro ptaki mogły jeść ten owoc, to czemu on miałby go nie spróbować? Wbił więc palce w nowo przeciętego arbuza, wziął duży kawałek i skosztował.

Owoc ten był słodki, aromatyczny i pełen pysznego soku. Spokojnie przeżuwał czerwony miąższ, był po prostu przepyszny. Szybko złapał kolejnego arbuza, przeciął na pół, chwycił pod pachę i pobiegł do reszty. Gdy Co Ba, Mo i Man tylko go spróbowali, od razu pokochali ten smak i pobiegli razem z An Tiêmem, by ujrzeć więcej tych dziwnych pyszności.

Arbuz zasmakował również ich dzieciom, które objadały się małymi porcjami owoców, a po ich brodzie spływał słodki, czerwony sok. Owoc, który dla nas jest po prostu arbuzem, został przez nich nazwany czerwonym melonem (z powodu miąższu). An Tiêm zorganizował akcję sadzenia kolejnych czerwonych melonów, w pobliżu jaskini zakopali wiele pestek, które po jakimś czasie wydały im obfite plony.

Wiadomość do marynarzy wyryta na arbuzie przez Mai An Tiêma

Wiadomość do marynarzy wyryta na arbuzie przez Mai An Tiêma

Mai wpadł na kolejny pomysł. Wziął kilkanaście arbuzów, wydrapał na nich swoje imię, nazwisko oraz krótką wiadomość z informacją o lokalizacji ich wyspy. Wrzucił je do oceanu, a owoce unosiły się na falach i ruszyły wiele kilometrów od wyspy. Pozostało mu więc tylko czekać..

Na wyspie nie było prawie nikogo, ale nie była tak naprawdę bezludna i odcięta od reszty świata. Całkiem blisko niej przebiegał całkiem ruchliwy szlak żeglugowy. Kilka dni później załogi różnych statków handlowych wyłowiły czerwone melony, którymi zajadały się ze smakiem. Postąpili zgodnie z instrukcjami wyrytymi przez An Tiêma i obrali kurs na wyspę wskazaną we wskazówkach.

Gdy spotkali An Tiêma i resztę rodzinki, chcieli od nich kupić duże zapasy arbuzów, jednak Ci się nie zgodzili. Dlaczego mieliby wziąć pieniądze za owoce, skoro na bezludnej wyspie raczej ich nie wydadzą? A to nie są pestki ani nasiona, nie zakopią tego, nie wyrośnie im drzewko z pieniędzmi.

Złożył więc marynarzom pewną propozycję i przehandlował duże zapasy czerwonych melonów za noże, tkaniny, sól, herbatę i inne rzeczy, których nie mógł wytworzyć na wyspie. Od razu się zgodzili, dobito targu i tak oto zaczął się wielki handel na wyspie wietnamskich wygnańców.

Wieść o wyspie z przepysznymi melonami szybko się rozniosła, dziesiątki statków zaczęły tutaj przybijać tylko po to, by przehandlować różnego rodzaju towary za owoce. Udało im się nawet zamienić arbuzy za towary, które kiedyś mieli w swoim ekskluzywnym pałacu. Praca, którą wykonywali przez wiele lat, zaczęła teraz przynosić gigantyczne zyski. Nie musieli już nic robić, jedynie podlewać owoce i dbać o ich rozwój.

Legenda o arbuzach An Tiêma jest bardzo popularna w Wietnamie, często wykorzystuje się ją w wielu komiksach i obrazkach dla dzieci.

Legenda o arbuzach An Tiêma jest bardzo popularna w Wietnamie, często wykorzystuje się ją w wielu komiksach i obrazkach dla dzieci.

Wieść o tej wyspie rozniosła się na cztery strony świata. Ludzie z okolicznych krajów przybyli na wyspę i spytali, czy mogą się tu osiedlić i pomóc przy sadzeniu i zbieraniu owoców. Wyspa rozrastała się, a czerwone melony stały się jej znakiem rozpoznawczym. An Tiêm i Co Ba dali początek nowej cywilizacji, nie potrzebowali do tego wielkiej fortuny i drogich klejnotów.

Dotarcie wieści o tej wyspie do Hùng Vương Trzeciego było tylko kwestią czasu. Król spróbował czerwonych melonów, które od razu mu bardzo zasmakowały. Zastanawiał się, gdzie i w jaki sposób ktoś uzyskuje tak smaczne owoce. Gdy usłyszał o odległej wyspie, od razu skojarzył ten fakt z zesłaniem sprzed wielu lat.

Minęło już tyle lat, jego gniew na syna i córkę bardzo zmalał. Teraz zauważył, jak bardzo był surowy względem młodych, których tak wcześniej kochał i dbał o nich. Rozkazał swym żołnierzom podroż na wyspę i sprowadzenie wszystkich do Phong Châu. Gdy An Tiêm i Co Ba stanęli wraz z dzieckiem przed obliczem króla, ten praktycznie ich nie poznał.

arbuzy-antiem

An Tiêm wyrósł na potężnego i dojrzałego mężczyznę. Wcześniej delikatna i drobniutka Co Ba była teraz silną i zdrową kobietą. Król na ich widok rozpłakał się, zarówno ze szczęścia jak i rozpaczy. Cieszył się, że znowu spotkał swoich najbliższych i jednocześnie żałował krzywdy, jakiej doznali z jego przyczyny.

Teraz zrozumiał, że Mai An Tiêm miał rację – bogactwo naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Za żadne skarby nie mógłby kupić siły czy zdrowia które widział teraz w odzyskanych dzieciach. Żadne klejnoty nie zapewnią prawdziwego szczęścia, którym świeciły teraz twarze tych młodych ludzi. W tym właśnie momencie uświadomił sobie, że An Tiêm jest wielkim i odważnym przywódcą. Uroczyście nazwał go swoim następcą i zapewnił, że już nigdy nie zwątpi w jego mądrość.

Pod rządami Mai An Tiêma ludzie toczyli życie spokojne i dostatne, a król każdego dnia wychodził do ludzi i pytał, jakiej pomocy potrzebują. Słuchał ich, był ich najlepszym przyjacielem. Przemysł stoczniowy rozrósł się do ogromnych rozmiarów, co rozwinęło handel morski i pozwoliło na sprowadzanie towarów z najodleglejszych zakątków świata.

Mo i Man wrócili na wyspę czerwonych melonów, w ciągu kilku lat zrobili z niej wielkie królestwo, które handlowało owocami (nie tylko arbuzami) na gigantyczną skalę. Handlowcy zarówno z bliska jak i z daleka przybywali do nich, by zakupić najsmaczniejsze owoce, jakie kiedykolwiek widział świat.

Dzisiaj arbuz jest bardzo popularnym owocem w Wietnamie. Ludzie jedzą go, by ochłodzić się w tracie upałów lub po prostu po to, by spróbować tej smacznej przekąski. W trakcie zimy (podczas dni Tết) gromadzą arbuzy na ołtarzach jako ofiarę dla swych przodków. Wielu uważa, że sok z arbuza Tết potrafi przepowiedzieć przyszłoroczne wydarzenia. Jeśli jest on czysty i rozwodniony, to jest to zły znak. Natomiast gdy jest on ciemnoczerwony i wyrazisty, to w przyszłym roku możesz liczyć na wielkie szczęście i pomyślność.

Zapisz się na newsletter!