Internet Wietnam

Wietnamczycy karmią nas psim mięsem!

Wietnamczycy karmią nas psim mięsem!

Te skośne żółtki nigdy się nie nauczą, że tu jest Polska! Jak im się nie podoba, to wypad to siebie i tyle. Już nigdy nie zjem nic w żadnej azjatyckiej budzie – do kotletów dodają koty, a psy zostają obdarte ze skóry i trafiają do rosołu. Niech wracają do pracy za miskę ryżu i wreszcie dadzą spokój normalnym Europejczykom.

Nikt ich tu nie chce, nikt. Jak spotkam jakiegoś skośniaka na ulicy, to normalnie strzelę mu w ryj. Nie będzie mi tu jeden z drugim psów zabijał, nie będą tym karmić moich dzieci. Głupki i prostaki, cing ciang ciongi jebane.

Na takie komentarze natrafiam w sieci zawsze, gdy rzetelne media donoszą o kolejnych aferach z psim mięsem w azjatyckich knajpach. Nauczyłem się nimi nie przejmować, nie mam czasu na walkę z głupotą. Warto jednak dziś zrobić wyjątek i po prostu przyjrzeć się sprawie raz na zawsze. Może wreszcie do kogoś dotrze, że niczym młody pelikan łyka wszystko to, co mu podstawią.

Co roku jesteśmy świadkami 2-3 incydentów z udziałem mięsa niewiadomego pochodzenia, które w ogromnych ilościach jest serwowane w azjatyckich knajpach. W mediach wielcy i poinformowani redaktorzy znają się lepiej od specjalistów, więc od razu donoszą – psie mięso. Ludzie, żółtki karmią nas psim mięsem! I całość idzie w Polskę, w ciągu 2 dni informację tę powielą w radiu, w gazetach, w telewizji oraz jak zwykle – w Internecie.

ZNOWU ZJEDLI AZORKA

Ostatnia afera z psim mięsem była w listopadzie 2014 roku. W Wólce Kosowskiej po raz kolejny nalot urządziła Straż Graniczna, która w kilku sklepach znalazła trefne mięso. Jakie? Trefne, tak wtedy określili to funkcjonariusze. Wietnamczyków nikt nie słuchał, bo przecież będą kłamać. Zabrano całe mięso, a po nalocie do Internetu trafił filmik z całej akcji.

Co na nim jest? Mięso w plastikowych workach, podzielone na wiele części. W tle leży tektura ubrudzona krwią, co oczywiście skojarzyło się z jednym – zabijaniem tam małych piesków. Nikt wtedy jeszcze nie zbadał mięsa, ale komunikat Straży Granicznej przesłany do Polskiej Agencji Prasowej sugerował, że to pewnie psie mięso. Informację z PAP-u z prędkością światła sklonowały wszystkie polskie portale, usuwając przy tym niewygodne akapity.

I co zostało? Strażnicy graniczni znaleźli w Wólce Kosowskiej ogromną ilość psiego mięsa. Tona psiego mięsa, którym skośni faszerują klientów! W komentarzach festiwal nienawiści, rasizmu i debilizmu. Ludzie łykający największe głupoty to po prostu debile. De-bi-le.

Najgorsze są jednak tytuły, które po prostu coś sugerują. Niby niewinne, ale to one najbardziej działają na ludzką podświadomość, no i się klikają – to też ważne. Wcisnąć ludziom największy badziew i liczyć miliony odsłon, to przecież takie proste…

Gazeta.pl – „Tona mięsa niewiadomego pochodzenia w Wólce Kosowskiej. Prawdopodobnie to mięso z psów”

TVN24 – „Nielegalne mięso w Wólce Kosowskiej. Część to psina?”

Newsweek – „Tona mięsa m.in. z psów mogła trafić do warszawskich restauracji”

Wirtualna Polska – „Makabryczne odkrycie koło Warszawy. Wietnamczycy sprzedawali mięso z psów?”

7970364212_814478349a_k

SKOŚNOOKIE KURWY

Machina ruszyła na dobre. W Internecie festiwal nienawiści trwa w najlepsze, w Wólce Kosowskiej dzielni polscy obrońcy psów wchodzą do wietnamskich restauracji i szczekają na pracowników. Dochodzą do tego wyzwiska i groźby, tak właśnie Polacy są tolerancyjni. Oj jakie to dojrzałe, jacy z Was prawi gieroje..

Jeszcze parę lat i będą robić mięso z ludzi… skośnookie kurwy bym wyjebał z kraju! – pisze Dominik, który już wie co się stało. Nie czeka na wyniki badań zabezpieczonego mięsa, on już zna prawdę – Wietnamczyki karmią nas psim mięsem. Przekazuje to rodzicom i znajomym, tamci robią to samo. Po dwóch dniach trąbi o tym każdy.

Wietnamskie dzieci są wyśmiewane w szkole, koledzy i koleżanki wyzywają ich od psiożeców i nikt nie zbliża się do nich nawet na metr. Wszystko dlatego, że mamusia i tatuś na jakimś pseudo-portalu przeczytało super newsa, którego oczywiście nikt nie zweryfikował. Bo po co?

Thịt chó

Tak, w Wietnamie jada się psy i nikt tego nie zaprzecza. Głupotą jest jednak polskie wyobrażenie na temat popularności tej potrawy. Nie wszyscy jedzą thịt chó (psie mięso), wielu nigdy nawet go nie spróbowało – po prostu nie mają ochoty. Ta kontrowersyjna potrawa nie jest jakoś wybitnie popularna, szczególnie teraz.

Mark Bowyer próbował zjeść psie mięso w Ha Noi i dopiero po 3 godzinach poszukiwań (z pomocą wietnamskich znajomych) znalazł małą budkę, gdzie dostał psinę. Sprzedali mu ją tylko dlatego, że był z Wietnamczykami – zwykłemu turyście mało kto by sprzedał thịt chó.

Psinę od czasu do czasu zjada najczęściej tylko starszyzna, a i oni mają coraz częściej problem z jej zdobyciem. Młodsze pokolenia mają do psów taki sam stosunek, jak my. Wielu z nich po prostu z obrzydzeniem podchodzi do tej potrawy, więc chyba aż tak się od nas nie różnią?

KOGO OBCHODZI PRAWDA?

Najstarsze doniesienia na temat wietnamskich przekrętów w Polsce są sprzed kilkunastu lat. W 2001 roku media podały informację, że do sajgonek dodaje się mięso z gołębi, które Wietnamczycy odkupują od bezdomnych. Bezsens, ale wielu oczywiście uwierzyło. Bo przecież tak napisali w gazecie, to dlaczego mieliby nie uwierzyć? Media mówią zawsze prawdę i tylko prawdę. Och..

A jak było teraz? Jak zakonczyła się psia afera sprzed trzech miesięcy? Tak jak zawsze.

Zarekwirowane 700kg mięsa to kurczak, wieprzowina i wołowina. Na wszystko wietnamscy sprzedawcy mieli papiery, nie znaleziono ani grama psiny. Sfilmowane przez Straż Graniczną podzielone mięso okazało się kozą.

I nic. Zero sprostowań ani przeprosin. Aferę nakręciliśmy, zarobiliśmy, koniec tematu. Obrażenie tysięcy Wietnamczyków mieszkających w Polsce i zszarganie ich opinii po raz kolejny to błahostka, nie ma się czym przejmować..

Dagmara Bielec-Janas, autorka komunikatu wysłanego do Polskiej Agencji Prasowej, odmówiła przeproszenia społeczności wietnamskiej i powołała się na uzasadnione podejrzenia. Śmiech na sali i nic więcej, od tylu lat rekwirują tam tony mięsa i jeszcze nic nie znaleźli. No ale przecież jest to uzasadnione, bo żółtki jedzą psie mięso. Wszystkie zółtki bez wyjątku.

Od tylu lat próbują ich złapać na gorącym uczynku i ciągle nic… To gdzie Wietnamce trzymają te pieski? Bo skoro od tylu lat handlują psiną, to muszą ją gdzieś przechowywać..

Rzeczniczka komendanta głównego Straży Granicznej (Agnieszka Golias) powiedziała, że po prostu padło o jedno słowo za dużo. Po co więc kręcić aferę? Zmuszona jednak naciskiem ze strony środowisk wietnamskich przeprosiła ich za to na antenie radia TOK FM.

Jedno słowo za dużo.. ktoś chyba ma o jedną szarą komórkę za mało..

SPROSTOWANIE? PO CO?

A co z tymi super gazetami i portalami? To co zwykle, czyli nic. Maksymalnie 20% z nich opublikowało jakiekolwiek sprostowania, edycje tekstu… cokolwiek. Nikt się nie przyzna do tego, że kręci afery wzięte z powietrza. Przez takich debili stereotypy na tematy azjatyckie jeszcze przez lata będą zakorzenione w głowach Polaków.

Dalej bezmyślnie kopiujcie informacje bez jakiejkolwiek weryfikacji. To przekaz do tych wszystkich szmatławców, które co rok bawią się w tę samą grę – dowalmy żółtkom jak najmocniej.

To są jakieś oficjalne zawody? Można się gdzieś zapisać?

NIC SIĘ NIE ZMIENI

Przykro o tym pisać, ale walę głową w mur. Za kilka miesięcy znowu w Polskę pójdzie informacja o kolejnym trefnym mięsie w azjatyckich knajpach. Przez tydzień wymaglują temat jak tylko się da, a potem przemilczą finał sprawy.

I znowu zrobiło się smutno… Macie więc pieska na pocieszenie.

Taki tam piesek...

Taki tam piesek…

Zapisz się na newsletter!


  • Masq

    Artykuł porusza ogromny problem – ale wydaje mi się, że zbyt wąsko ujęty. Problem nie jest to, że ludzie kojarzą Wietnamczyka z canisvore. Problemem jest to, że przerażająca większość Polaków nie interesuje się innymi krajami, jeśli coś wie, to informacje te są przedawnione o kilkadziesiąt lat, a jeśli nie wie, a chce się wypowiedzieć (a przecież to całkiem częste, jak Pan zauważył), to używa stereotypów. Do tego dochodzi poziom prasy, której po prostu nie opłaca się weryfikować informacji – po co, jeśli po wstawieniu pytajnika w tytuł nikt nie wytoczy procesu? Zauważyłem, że częściej weryfikują newsy głównie blogerzy i strony internetowe, które za każde przekłamanie są mieszane z błotem w komentarzach pod wpisem, a nie gazety. Dlatego uważam, że wykonuje Pan świetną pracę prowadząc blog o takiej tematyce.

  • Nie chcę teraz pisać o psim mięsie w azjatyckich krajach, bo to temat, na którym znam się słabo. Jednak mam jakieś tam pojęcie o internecie i pisaniu.
    Niestety w sieci klikają się bardzo chętnie tematy, które są głupie, więc portale o nich piszą. Jednocześnie ludzie nie mają czasu/ani chęci weryfikować informacji i mają racją. Nie oni są od tego, żeby docierać do informacji prasowych itp, a gazety. Jednak one tego nie robią, bo to trwa za długo. Redaktorom takich newsów zapewne nie płacą zbyt dobrze, więc nie chce im się ich weryfikować.
    Ja sam piszę sporo newsów i staram się opierać je na kilku źródłach. Czasem wybieram z nich informacje, czasem biorę te najbardziej wiarygodne (jeśli chodzi o plotki technologiczne), a czasem daję ciała i piszę głupoty, które potem zawsze poprawiam.

    • Wszystko się zgadza, ale ludzie powinni się już po tylu latach obcowania z rzetelnymi mediami nauczyć, że potrafią im wcisnąć największego bubla bez mrugnięcia okiem. Rozumiem, że nie każdemu się chce weryfikować informacje – czasami jednak mogliby się przemóc i po prostu to zrobić. Z pewnością wyszłoby to na dobre wszystkim, no może nie tym brukowym portalom.